Fragment książki

Cześć!

Dzięki za zainteresowanie książką. Podrzucam pierwszy fragment powieści, który jest równocześnie jej początkiem 😉

Fragment

– No dobrze… I co teraz? – szepnęłam do siebie, pochylona nad zimnym ciałem. Westchnęłam mimochodem.

Z ciężkim sercem przykryłam powieki zastygłych w agonii oczu. Obejrzałam dokładnie szczątki i znalazłam kilka śladów po cięciach, poparzenia oraz dziwne, dość nietypowe rany – wyglądały mi na efekt działania jakichś zaklęć. Walczył do końca – pomyślałam.

 Zrezygnowana usiadłam na swoim posłaniu. Tylko ono pozostało nienaruszone w tej mało przytulnej jaskini i wyglądało tak samo jak dzień wcześniej, kiedy opuściłam to miejsce. Ślady szarpaniny były widoczne na prowizorycznym łożu, niewielkim stole i kufrze, z którego zwisały gdzieniegdzie moje zachlapane krwią ubrania. Nie pozostało mi nic innego, jak iść dalej… Martwy w niczym mi już nie pomożesz – pomyślałam i splunęłam na podłogę obok zwłok.

Pewnie się tego jeszcze nie domyślasz, ale jedyny świat, który do tej pory znałam, właśnie legł w gruzach…

Wstałam i beznamiętnie zaczęłam pakować swoje rzeczy do tobołka. Wrzuciłam niewielkie zapasy żywności. Na kilka dni wystarczą. Jeszcze łuk ze starego dębu, który ponoć kiedyś zrobił mój ojciec. Mogę wyruszać.

Zanim jednak wyszłam z jaskini, po raz ostatni uklęknęłam przy tym, co pozostało z jedynej obecnej w moim życiu osoby. Ucałowałam go w usta, otarłszy nieśmiało spływającą po policzku łzę. Uśmiechnęłam się do siebie gorzko i wyszłam. Dowiem się, kto ci to zrobił, Draco. Pożałuje tego… Żegnaj.

Gdy opuściłam jaskinię, na zewnątrz panował jeszcze mrok i chłód nocy. Wzięłam głęboki wdech, a zimne powietrze wypełniło moje płuca. Zboczyłam w kierunku pobliskiej wioski, kiedy usłyszałam cichy szelest dobiegający ze strony rosnącego nieopodal starego dębu. Nie chciałam zdradzić, że zauważyłam intruza, więc nie tracąc chwili, chwyciłam łuk i wymierzyłam strzałę w kierunku rozłożystego drzewa.

– Kim jesteś i czego chcesz? – rzuciłam sucho.

Odpowiedź jednak nie padła. Policzyłam więc do trzech, napięłam cięciwę i wycelowałam w ciemny kształt, który nie pasował do reszty konturów drzewa. Puściłam strzałę, która ze świstem przecięła powietrze. Tajemnicza postać szybko zmieniła pozycję i zajęła sąsiedni konar. Tu cię mam! Następna strzała rozwiąże ci język. Błyskawicznie posłałam w kierunku dębu kolejne ostrzeżenie.

Druga strzała ewidentnie zaskoczyła przeciwnika, bo nie umknął jej tak zwinnie, jak poprzednio. Moje uszy uraczył zduszony jęk. Teraz inaczej porozmawiamy.

Postać zachwiała się i z hukiem zwaliła się z drzewa. Z tej odległości wyglądała na ludzkiego samca. W dłoniach nadal trzymała część konaru, który nie zapewnił jej spodziewanego bezpieczeństwa.

Tak, wiem, co możesz myśleć, o strzelaniu do zabłąkanego i prawdopodobnie niewinnego wędrowca, ale nie byłam w nastroju ani na ceregiele, ani tym bardziej na litość.

– Ciekawa eskapada o tak późnej porze. Czyżby mrok nie przeszkadzał ci tak samo, jak mi…? Ciekawe, to rzadkie u… – splunęłam siarczyście – ludzi… Szkoda tylko, żeś taki powolny. Pytam raz jeszcze, kim jesteś i czego tu szukasz? 

Cierpliwość dawno mi się skończyła, więc napięłam łuk i stałam w gotowości do wystrzału.

Ranny w udo nieznajomy podejmował wysiłki, by wstać. Spod peleryny, którą próbował się osłonić, wystawały zaledwie jego oczy, te zaś zdawały się świecić w ciemności jak oczy zwierzęcia. Był wysoki, na pewno wyższy ode mnie, i dobrze zbudowany. Na jego twarzy zauważyłam trzy blizny ciągnące się od lewego oka aż do kącika ust. Poza peleryną miał na sobie dopinany kaptur, czarny skórzany kaftan wyglądający na lekki i zapewniający zwinność w walce. Na nadgarstkach nosił masywne karwasze, a u boku zwisała mu pochwa z wystającą zeń rękojeścią. Wyglądał mi na łowcę. Szybka ocena sytuacji – muszę utrzymać ten dystans, bo będą kłopoty.

– Ostatnie ostrzeżenie! – krzyknęłam. – Przedstaw się. Zmarnuję na ciebie jeszcze tylko jedną strzałę. Tylko… – Napięłam łuk. – Jedną… – Przymierzyłam, unosząc łuk bliżej policzka. – Strzałę…

– Wystarczy! – odezwał się wreszcie nieznajomy, a jego akcent był dosyć niecodzienny jak na te strony. Musiał przybyć z daleka.

– No proszę, jednak umiesz mówić – zadrwiłam. – Ktoś ty, człowieku? – Przy ostatnim słowie zmrużyłam oczy i nie próbowałam nawet ukrywać swojej pogardy.

– Skoro tak bardzo pragniesz mnie poznać… Gdzieżbym odmówił pięknej damie o tak nietypowej urodzie – odparł jak gdyby nigdy nic, a na jego twarzy pojawił się szelmowski uśmieszek. – Nazywam się Mathias.

Zmierzyłam go wzrokiem od stóp do głów, a on wyciągnął powoli ręce w moim kierunku, ukazując otwarte dłonie. Jakby naiwnie myślał, że ten gest może mnie uspokoić…

– Skąd się tu wziąłeś i co masz wspólnego z tym, co wydarzyło się w jaskini? – wycedziłam przez zaciśnięte zęby. Typ poważnie działał mi już na nerwy.

– Znalazłem się tu przez przypadek – zaczął. – Zmierzam do Lasów Północnych. Przeprawiłem się nieopodal przez rwący nurt Sagi i potrzebowałem odpoczynku. Dostrzegłem tę jaskinię, a o tej porze nie myślałem już o niczym tylko o noclegu. Kiedy usłyszałem dochodzące z niej hałasy, postanowiłem nie ryzykować tylko przeczekać na tym drzewie. Nie było mym zamiarem wdawać się w żadne bójki – rzekł, po czym zrobił delikatny krok w moim kierunku. – Ledwo uniknąłem jednej walki, a teraz to… Nie przyszło mi do głowy, że zostanę tak zaatakowany. I to bez ostrzeżenia. 

Sądząc po jego wyglądzie, miałam poważne powody, żeby nie dać wiary ani jednemu jego słowu. 

– Planujesz zbudować domek na tym drzewie, że tak długo ci zeszło? Ciało zdążyło ostygnąć, więc walka odbyła już dobrych kilka godzin temu. Nie rób ze mnie – zatrzymałam się, żeby położyć odpowiedni nacisk na słowo – idiotki! Ta jaskinia była moim schronieniem, głupcze. Zginęła w niej ważna dla mnie osoba. Mów, co wiesz!

Mężczyzna wyraźnie spłoszył się moim wrzaskiem i zatoczył się na drzewo. Mimo wszystko uśmiech nie schodził z jego twarzy. 

– Spokojnie, spokojnie, urocza istoto… – rzekł i złapał się za krwawiące udo. – Nie mam z tym nic wspólnego. Jeżeli to pomoże, to usłyszałem odgłosy walki, jak już zbliżałem się do jaskini. Widziałem też kilku ubranych na czarno jeźdźców udających się na wschód. Tyle wiem. Pomożesz mi w końcu? – zapytał i wyciągnął do mnie pokrytą krwią dłoń.

– Ja? Tobie? Niby z jakiej racji? – Jego bezczelność nie mieściła mi się w głowie.

– Takiej, że przez ciebie jestem ranny, bezbronny i obficie krwawię. – Samiec ewidentnie nie zamierzał zrezygnować.

Nie miałam ani czasu, ani ochoty na jego gierki. Opuściłam łuk i odwróciłam się na pięcie w kierunku ścieżki. Nigdy nie zrozumiem ludzi…

Skąd wy, ludzie, bierzecie takie pomysły?

– Radź sobie sam – rzuciłam mu przez ramię.

– Nie możesz mnie tak zostawić – krzyknął z rezygnacją. – Nie mogę chodzić! I to ty, żeś mnie tak urządziła! Musisz mi to teraz jakoś wynagrodzić… Może być w tej jaskini…

I miarka się przebrała. W mgnieniu oka odwróciłam się, a w świetle księżyca zamigotał szybujący w powietrzu grot. Tym razem trafiłam w prawe ramię, a strzała utkwiła tak głęboko, że przeszyła ciało na wylot, przybijając nieznajomego do drzewa.

– Miłej zabawy… – dodałam z przekąsem. – W pojedynkę.

– Prawdą jest, co mówią o drowach. – Pierwszy raz przestał się uśmiechać, a jego twarz wykrzywiła się z bólu. – Wredna i bezwzględna suka. Znajdę cię!

– Już nie mogę się doczekać – uśmiechnęłam się szyderczo i zawróciłam w kierunku ścieżki.

Mathias ze wbitymi w udo i ramię strzałami opierał się o pień starego dębu, którego kora nasiąkała sukcesywnie jego krwią. Szkarłatna plama wokół drzewa powiększała się w rytm bicia jego serca.

Jedna odpowiedź do “Fragment książki”

  1. Podziwiam za umiejętność przekazywania informacji w sposób, który nie tylko edukuje, ale również angażuje czytelnika na emocjonalnym poziomie, sprawiając, że temat staje się niezwykle bliski i istotny.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *